środa, 31 maja 2017

Coś się skończyło... ale coś się zaczyna...

Wreszcie nadrobiłam i finał, bo w sumie nawet byłam już ciekawa, co się w jakich okolicznościach wydarzyło. Kiedy jest się na Twarzoksiążce, ciężko, naprawdę ciężko unikać spoilerów, zatem dwie główne śmierci miałam już obczajone… Wiem, mam cztery odcinki zaległości, ale nie będę się już bawiła w pojedyncze recenzje, spróbuję swoje wrażenia zamknąć tutaj. Pozwolicie, że popełznę punkt po punkcie, tak łatwiej.

1. Bracia

Sam i Dean znaleźli się w punkcie, w którym są co sezon – ratowanie świata. Co mi się tutaj jednak podobało, to fakt, że pracują jako zespół, nawet jeśli jeden zostaje w Bunkrze, a drugi rusza zbawiać Amerykę. Wreszcie doczekaliśmy się sensownej braterskiej akceptacji i to nie rozwiązań samobójczych, jak to było już wcześniej. Piękna przemowa Deana do młodszego brata, kiedy przyznaje, że ten dorósł do tego, by zostać przywódcą, to chyba jeden z najładniejszych momentów tych kilku odcinków. Przyznanie, że był dla niego ojcem i matką podczas psychicznego połączenia z Mary też nie było odkrywcze, ale miło to usłyszeć od Deana, który najszczerszy bywa chyba tylko z butelką. Chłopcy nareszcie dorośli. Mam szczerą nadzieję, że zostanie im tak na stałe, a nie w wyniku ranta po rozlicznych odejściach zmieni się znowu w braterski angst. Proszę, zatrzymajcie tę nową lepszą jakość!

Potrójny uścisk winchesterowy.

A przy okazji – bardzo mi się podobało to, że inny wymiar to świat bez Winchesterów. W końcu bez nich nikt by świata nie uratował. Nawet Bobby Singer i Rufus Turner.

A wrzucam Bobby'ego, bo jego teraz rzadko mogę umieścić.

2. Mary Winchester

W tym przypadku powiem tak – mam nadzieję, że przejście do drugiego świata jest zamknięte na dobre. Przywrócenie Mary dało kilka okazji do dramy, mniej lub bardziej ciekawej, jednak jeśli było przewidziane na straszliwe wręcz udręki fabularne w tych ostatnich odcinkach, to przykro mi, ale zupełnie mnie nie wzruszyło. Może kiedyś scenarzyści mieliby na tyle jaj, by zmusić chłopców do odstrzelenia własnej matki w samoobronie, teraz byłam już tylko pewna, że w końcu komuś uda się ją przywrócić do stanu normalnego. Nie powiem, uścisk na końcu Who We Are naprawdę mnie wzruszył, ale to nie mogło potrwać zbyt długo. Prześliczna była natomiast scena z Kelly – nie wiem, czy Mary orientowała się, że dziewczyna naprawdę umiera, ale tego mi najczęściej brakuje w serialowych/filmowych porodach – mniej wrzasków i parcia, a trochę takiego babskiego porozumienia, na którego zasadzie poród był dawniej rzeczą niewieścią. Nie wiem, czy potrafię to jasno wyrazić, ale zdecydowanie polubiłam panią Winchester za ten moment. Niespecjalnie podobał mi się już fakt, że znowu kolejny członek familii znalazł się gdzieś tam uwięziony z Lucyferem, szczerze wolałabym, żeby to był koniec. Zresztą, najprawdopodobniej jest, choć poza ekranem.

Swoją drogą, jak tak patrzę na brzuszek Kelly w niektórych ujęciach, to jej dziecko to nie nefilim. To alien.

3. Castiel i Crowley

Załatwiam C2 w jednym punkcie, bo oni obaj na wysokości sezonu dwunastego osiągnęli moment, w którym albo należałoby drastycznie zmienić sposób ich pisania, albo wykończyć. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że to faktycznie nastąpi, naprawdę. I przyznam szczerze: nie rozpaczam. Nie rozpaczam ani trochę, choć spodziewajcie się tutaj długiego następnego posta na temat Crowleya i markowego rozstania z serialem. Najwyższy czas. Podoba mi się również to, jak ich sceny napisano. Crowley, jeśli odchodzi, to na własnych warunkach. Wie, że spieprzył sprawę, zdaje sobie sprawę z tego, że to jego własna duma doprowadziła do obecnej sytuacji, więc on jest tą osobą, która powinna ją naprawić tu i teraz. Bardzo, bardzo brakowało mi tej wyciętej Markowi linijki „Even when I lose, I win”, ponieważ pasowałaby do tej sytuacji naprawdę doskonale. Ale o tym sobie jeszcze powiemy następnym razem. 

Mimo wszystko nie jestem w stanie wrzucić umierającego Crowleya, więc moment przed...

Co do Castiela… Zginął, broniąc tego, co poprzysiągł uratować – Jacka, Kelly, Winchesterów, świat… Owszem, ta śmierć nie jest ładna, nie z bronią w ręku, wydaje się wręcz przypadkowa, jednak… to tak bardzo pasuje. Nie zawsze odchodzi się w glorii i chwale, wjeżdżając cały w bieli… Nie, najczęściej jest to cios w plecy wtedy, kiedy się tego nie spodziewamy i ja w pełni tę śmierć akceptuję. Jeśli fani rzeczywiście wywalczą prośbą i groźbą powrót Mishy, to… Nie. Nie przestanę oglądać, ale to paskudnie zaprzeczy temu, jak to pokazano. Jak w przypadku Gabrysia i jego chwilowego pojawienia się w Metafiction. Gratuluję Andrew Dabbowi, że był w stanie wreszcie wykończyć obu panów. Szkoda mi, bardzo mi szkoda, ale rozpaczałabym na wysokości sezonu 6. Teraz po prostu przyszła pora.

Skrzydła, panie i panowie. To ostateczne w tym uniwersum. Chyba że znowu zlekceważą mitologię.

4. Brytyjscy Ludzie Pisma

W ostatnich odcinkach pokazali, jak bardzo są niekompetentni i tak naprawdę wycierają sobie gębę tym ratowaniem świata, tak naprawdę mają jego dobro w odwłoku. Układy z demonami niezgorsze niż Winchesterowie – ogar od Crowleya? Doskonałe namiary na jego siedzibę? Wiedzą, że więzi Lucusia i nie robią nic, by się pozbyć problemu? Od początku sezonu twierdzę, że to najgorszy pomysł fabularny i to się nie zmieniło – Ludzie Pisma zostali wprowadzeni bez sensu, bo jako ta niesamowita organizacja walcząca ze Złem są o kant tyłka potłuc… Mają arsenał, mają wiedzę, ale nie potrafią się zupełnie dogadać z nikim. Kto nie jest z nami, ten przeciwko nam? Ten kretyński zwyczaj pozbywania się swoich ludzi, by udowodnić, że jest się lojalnym? Zmądrzeli wprawdzie nieco, bo baza była broniona – albo w końcu przestali sępić na najemników, albo zaimportowali kilku panów z Wysp, ale jednocześnie ta świetna baza, pełna wyszkolonych ludzi pada pod naporem kilku amerykańskich łowców… seriously? Nie no, ja się cieszę, że chociaż Jody przeżyła tę masakrę (Eileen, chlip…), ale za prosto to poszło, za prosto… czy w przyszłym sezonie panowie znowu będą stawiać czoła Ludziom Pisma? Nowej inwazji? Kończcie, wstydu oszczędźcie…


5. Lucyfer i jego potomek

Lucyfer nie zaskakuje, idzie jak czołg i eliminuje wszystko, co jest w stanie mu zagrozić. Zresztą, nie tylko jemu, ale i nefilimowi. Mało w tym finezji, ale w sumie on nigdy nie był subtelny. Uczy się też na błędach, o czym świadczy chociażby spopielenie ciała Roweny, choć kto wie, czy stara wiedźma nie miała czegoś w zanadrzu (choć należała jej się śmierć na ekranie, naprawdę! nie żebym ją nadmiernie lubiła, ale zasłużyła, plus ten sezon wreszcie zaczął nieco pogłębiać jej postać). Cieszy mnie jedynie to, że gra Mark Pellegrino, ponieważ on naprawdę wymiata przy tych minach i sarkastycznych uwagach… Martwi mnie jedynie, że może będzie potrafił powrócić do właściwego wymiaru, w końcu to nie było takie trudne, skoro losowi aniołowie znali recepturę przejścia. Ale może nie. Może w tym innym wymiarze poprowadzi Piekło przeciw Niebu i będzie rządził, urągając swemu Ojcu. Zobaczymy. Z Winchesterami pozostaje jednak Jack, który jest zagadką. Z jednej strony to on właśnie ułożył udręczone ciało swojej matki w pozycji, w jakiej zastaje ją Sam, ale jego ślady pozostawione na podłodze sugerują, że jest wynaturzeniem niegodnym nawet tego, by kroczyć po tej Ziemi. Naprawdę ciekawa jestem, w którą stronę to pójdzie…

A tutaj niemalże brakowało mi "The Hills Are Alive With The Sound of Music"...

6. Nawiązania rozmaite

Te kilka odcinków dało nam naprawdę przyjemne nawiązania do poprzednich sezonów i tych rzeczy, których w serialu już od dawna nie widzieliśmy. Kiedy Alex mówi do Jody „Kick it in the ass”, a chłopcy przerzucają się tradycyjnym „Bitch! Jerk!”, mnie mimowolnie pojawia się na twarzy uśmiech. Bo te elementy tak ładnie tutaj pasowały, wcale nie były na siłę. Nieco większy mam problem z nawiązaniami do The French Mistake – chociaż „ten wymiar, gdzie byłeś Polakiem” wywołuje u mnie spory uśmiech. Crowley, wydobywający się z grobu, w którym pochowali go jego dawni podwładni to przecież taka ładna referencja do Lazarus Rising i deanowego powstania z martwych… Dean wreszcie używa swojego wyrzutnika granatów! Poczułam się dopieszczona, ale nie rozpuszczona.




Właściwie tak jest z całym tym finałem… Jest… ładny. Jako fan czuję się uszanowana, nie przeszkadza mi ubicie tak wielu postaci, choć z drugiej strony takie to smutne, że wydarzenia na skalę kosmiczną nic im nie zrobiły, trzeba było Lucyfera… Jednak patrząc na mitologię serialu i jego początki ma to swój karkołomny sens. 

piątek, 5 maja 2017

Dobrymi chęciami...

No proszę, proszę, jednak dało się coś wyciągnąć z tej straszliwej melepety, jaką stał się w kilku ostatnich sezonach Castiel… tyle że trzeba było do tego aż dziecka Szatana. Oczywiście, jak łatwo się domyślić, jest to jedna wielka ściema – chyba że scenarzyści mnie czymś zaskoczą, ale szczerze wątpię.

A Cas przy okazji przypomniał sobie, że ma jakieś moce i może ich używać... 

Teoria – Kelly umarła w wannie, pozostało zaledwie jej ciało animowane przez nefilima, któremu ono jest przecież niezbędne do funkcjonowania. Albo to ja, albo to kąpiel, albo jej rysy twarzy jakby się zmieniły, złagodniały, jakoś brakuje mi w nich jakichkolwiek emocji. Dzieciątko zapewne byłoby odporne na moce anielskie próbujące do zabić i na przejście do Nieba, a mogłoby tam narobić wielkiego bajzlu…




Pożegnaliśmy również Dagon – w sumie niewielka strata, bo straszliwie mnie już drażniła. Aczkolwiek przynajmniej poznaliśmy jej motywację – pozycja u boku Lucyfera i jego syna. No cóż, zawsze to lepsze niż ślepe posłuszeństwo. Szkoda tylko, że zdążyła zniszczyć Colta – tego wybaczyć się nie da. Ja rozumiem, że należy chłopaków pozbawiać aż takich magicznych zabawek, ale dlaczego w takim razie w ogóle powrócił? Dlaczego nie zabrali go Ludzie Pisma w ostatnim odcinku? Zagranie na fanowskich sentymentach? Bezsensowne straszliwie, obawiam się…

Najbardziej traumatyczny moment odcinka...

Wiem, że strasznie skrótowo dzisiaj, ale mam to nadrobienia jeszcze odcinek, a mało mało czasu – szybciutko wrzucę ostatnią rzecz, z którą mam duży problem – pytanie zadane chłopcom przez Casa – „Czy którykolwiek z was mógłby zabić niewinnego człowieka?” Jakby ci to, chłopie, powiedzieć – cały czas to robią – czym dziecko Lucyfera różni się od przeciętnego demona? A opętanych przez te demony Winchesterowie szlachtują bez wahania.



Wizualnie przepiękny odcinek – te wszystkie ujęcia przez soczewki i inne okręgi – byłam absolutnie zachwycona, ale w końcu to Amanda Tapping. Jeśli jednak chodzi o scenariusz… Yyyy, niekoniecznie. Oby było lepiej.


Supernatural 12x19 The Future, scen. R. Berens i M. Glynn, reż. A. Tapping, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, M. Collins, M. Pellegrino i inni.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Angielskie zło nie zawsze jest stylowe!

Hmmm, znowu miałam atak jasnowidzenia – dręczony wyrzutami sumienia Mick wreszcie postawił się swoim mocodawcom i pod wpływem światłego przykładu braci Winchesterów postanowił się nawrócić i przestać mordować wszystko jak leci w imię zasad, a raczej Kodeksu Ludzi Pisma. Nie wiem, za mało tej postaci, żeby jej zmiana kolorów obchodziła mnie w jakikolwiek sposób i żeby była wiarygodna. Zwłaszcza w kontekście pierwszej próby, jakiej był poddany – zabicia swojego przyjaciela, bo przecież musi być tylko jeden. No cóż, zatem mamy teraz w Stanach Zimną Sucz ™, która wypowiedziała wojnę wszystkim łowcom w Ameryce i stylizuje się na Dolores Umbridge. Powodzenia życzę.

 A gdyby się ktoś nie zorientował, że to zła postać, to nawet jej rogi wyrastają...

Nie wiem, nie kupuję Ludzi Pisma, zwłaszcza w tym konkretnym posunięciu. Rozumiem, że mają taki a nie inny sposób postępowania, dzięki któremu wyrżnęli wszystkie potwory w Wielkiej Brytanii i teraz chcieliby wrócić na ziemie dawnych kolonii. Skoro jednak dotychczasowe metody nie działają, może należy spróbować innych, zwłaszcza iż podstawowy sukces – zwerbowanie braci W. w gruncie rzeczy zadziałało. Innymi słowy: Ludzie Pisma odsłonili przyłbicę i cieszy mnie to tylko w jednym konkretnym kontekście – nareszcie wiadomo, że chodzi o całkowite przejęcie kontroli nad zwalczaniem zła na kontynencie północnoamerykańskim. A jak to powiedziałam, nasuwa się kolejne pytanie: ALE WŁAŚCIWIE PO CO? Czyżby walka ze złem była aż tak intratna? Czyżby oznaczała również jakąś nieokreśloną władzę? No chyba raczej nie. W dodatku, jako że brytyjscy Ludzie Pisma pojawili się w serialu dopiero na tym etapie, poważnie rozważam ich kompetencje – co robili, jak działa się Apokalipsa? W końcu z ich zasobami i z ich wiedzą powinni na równi z aniołami starać się zapobiec łamaniu pieczęci. Powinni walczyć potem z lewiatanami. Nie. Siedzimy i patrzymy. Z litości nie będę tutaj rozpatrywać genialnych metod szkolenia Brytoli, bo mi wszystko opadło. Nie ma to jak wyrzynać za młodu obiecujących potencjalnych kandydatów… Bo po co nam bibliotekarze czy naukowcy, my chcemy zabójców… Matko Boska Sheppardowska, takie to wszystko na siłę.

No i sam fakt, iż nagle zainteresowali się potencjalnym problemem: nefilimem! Teraz żeście się, dzieciaczki, obudzili? No cóż, nefilimem to się nagle wszyscy zainteresowali, nie bez powodu, dzieciątko się rozwija, niedługo przyjdzie na świat. Czy tylko mnie drażni „opiekuńcza” Dagon na początku odcinka? To demony, nie ochronka, do jasnej cholery. Przyznaję, ze końcówka była już bardziej sensowna i teraz się zastanawiam, jak to zostanie rozwiązane – co, nagle Kelly stwierdzi, że nie chce tego dziecka? Albo zarzuci sentymentalnym tekstem w stylu „Ja umieram, ale zaopiekujcie się maleństwem”. Przyznam, że stworzyłoby to całkiem ciekawy dylemat moralny dla chłopaków, ale wtedy zapewne wkroczyłoby Niebo. Które – jak wiadomo – pojawia się tylko wtedy, jak go absolutnie nie trzeba, bo silny kontyngent janielski przydałby się w tej sytuacji, więc go –rzecz jasna – nie było…

Kurczę, podoba mi się Dagon. Ale nie w wersji dobrej cioci.

Lucyfer knuje i jakoś mnie to specjalnie nie dziwi. Mam tylko nadzieję, że Crowley zdaje sobie z tego sprawę, bo ta jego poza „Jam władca, a to mój pies Lucyfer” jest tak idiotyczna, że aż boli. Jeśli rzeczywiście jest kilka kroków przed przeciwnikami, to szczerze liczę na to, że eksperyment usuwania zabezpieczeń z komórek Nicka przeprowadzany jest całkowicie pod jego kontrolą, a wystawienie Lucyfera przez jego „wiernawych” poddanych to przemyślana akcja wyłapywania tych, którym się marzy zmiana na tronie. Strasznie boli mnie jedno: siakieś takie groteskowe przedstawienie Króla Piekła, które mnie trochę drażni, bardzo biernego Króla Piekła. On też powinien być zainteresowany znalezieniem Kelly, w tej kwestii powinien współpracować z Winchesterami, tymczasem… nic. Zabawa Lucyferem fajniejsza. Pozostaje mi mieć zatem cichą nadzieję, że to część wielkiego planu, bo Crowleya mi wystarczająco spaskudzono w tym sezonie.
A przy okazji – zastanawiam się, co takiego odwaliła Dagon, że Lucyfer ostrzega ją, by nie zawiodła go po raz kolejny…

Mark Pellegrino, swoją drogą, cudownie gra Lucyfera. Nawet jak scenariusz szwankuje.

Nad Mary i Ketchem nie będę się specjalnie rozwodzić, bo ich przespanie się było zaledwie kwestią czasu. Zastanawia mnie tylko, co stanie się teraz – Ketch zastrzeli Mary i stanie się bardziej niż dotychczas wrogiem braci czy też powodowany pasją przyłączy się do niej, by odeprzeć Ludzi Pisma. Zważywszy, jak łatwo przyszło mu strzelić do Micka, chyba niekoniecznie. Opcja numer 3 – Mary zabije jego, ale wtedy to ja się naprawdę zdenerwuję.

Fajne było to, że pokazano zdjętą obrączkę Mary.

Cieszy mnie straszliwie powrót Colta w łapki chłopaków. Mam nadzieję, że będą go raczej nosić przy sobie, bo najazd Brytoli na Bunkier wydaje się tylko kwestią czasu, o czym wiemy już od momentu wejścia tam Micka.

Oł maj Czak...

Mam problem – teoretycznie odcinek wypełniono akcją po brzegi, ale z drugiej strony niech coś się wreszcie zacznie dziać! I nie w kategoriach „Ponieważ Cathia narzeka na brak śmiertelności wśród bohaterów, odstrzelimy Eileen. Bo odpowiednio czwartoplanowa…”. Lubię Eileen. Strasznie mnie cieszy jej powrót, ale obawiam się, że jej przyjaźń z Samem zbyt dobrze nie wróży…


Supernatural 12x17 The British Invasion, scen. E. Ross-Leming i B. Buckner, reż. J. F. Showalter, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, M. Sheppard, M. Pellegrino i inni.

piątek, 21 kwietnia 2017

Pyrkon 2017 a sprawa cathiowa - post informacyjny

Pyrkon już za tydzień, ja właśnie żyję w szale dorabiania towaru na stoisko i wymyślania ostatniej prelekcji, a w międzyczasie jeszcze próbuję nadrabiać zaległości towarzysko-serialowe (no dobrze, łżę jak Dean Winchester, te pierwsze nadrobię w Poznaniu). Jakby ktoś chciał mnie jednak posłuchać i zobaczyć w ten piękny weekend prawie-że-majowy, to poniżej znajdziecie malutką rozpiskę.

Tak wyglądała kolejka na prelkę w zeszłym roku... Co poniektórzy kazali mi w niej stać :D


Co Ty wiesz o Winchesterach? – piątek 28 kwietnia, godz. 20:00, sala konkursowa 2
Czy pamiętacie już, czego zapomnieliście w zeszłym roku? Tym razem znowu czekają na Was cytaty, zdjęcia, filmiki, a także mordercze pytania okołoserialowe. Znacie numer rejestracyjny Impali? Na pewno. Pamiętacie datę urodzenia Deana? Nie wierzę, że nie. Wymienicie co najmniej piętnastu łowców pojawiających się w serialu? Świetnie! Przychodźcie na konkurs.

Zeszłoroczny końkurs. Fotę dostałam od Chomika, ale jest przekazana i nie wiem, kto ją popełnił :(

Jak utrzymać władzę nad Galaktyką? Tego nie rób! – sobota 29 kwietnia, godz. 12:00, sala filmowo-serialowa – prelka we współpracy z Ithilnar
Imperium niepodzielnie panuje nad Galaktyką. Dysponuje wspaniale wyszkoloną kadrą oficerską, najlepszym sprzętem i flotą. Jednak nawet w tak wielkiej machinie znajdzie się jakiś wadliwy element, który może zepsuć wszystko. Jeśli chcesz utrzymać władzę nad Galaktyką, powiemy ci, czego NIE robić. Ithilnar i Cathia zapraszają na wstępne szkolenie dla tych, którzy chcieliby podążyć śladami Imperatora Palpatine’a. Wszystkich sympatyków Imperium gorąco zapraszamy! Rebeliantów – w ostateczności – będziemy tolerować. Albo przedstawiać na nich co ciekawsze pomysły scenarzystów i autorów zarówno starego, jak i nowego kanonu.

Ale jaja! Easter eggi w serialu Supernatural – niedziela 30 kwietnia, godz. 10:00, sala filmowo-serialowa
Twórcy SPNa puszczają do nas oczko niemal w każdym odcinku - a to aluzją w dialogu, a to małym elementem scenografii... Które jajeczka wielkanocne mają coś wspólnego z fanami? Które nawiązują do życia prywatnego aktorów? Które są po prostu naprawdę dobrym dowcipem? Przyjdźcie i pośmiejcie się razem z Cathią, podziwiając kreatywność serialowej ekipy.

No cóż, jestem dziwnie przekonana, że na prelkę niedzielną dotrą tylko najwytrwalsi albo ci, którzy nie będą chcieli posłuchać Sebastiana Roche, bo go dano równocześnie, zapewne w ramach sabotażu :D

I prelka zeszłoroczna. Ja i Kain - to brzmi dumnie.
Fotka autorstwa Joli :)

Przy okazji – będę również cały czas na stoisku (mapka poniżej) wraz z Beatą i jej Biżuterią Tematyczną, więc zapraszam na pogaduchy i zakupy :)



czwartek, 20 kwietnia 2017

A może by tak wstrząs zamiast tęczy i jednorożców?

Nadrabiam powoli zaległości, nie mam jednak czasu na pisanie bardzo długich notek, więc z góry przepraszam za krótsze opinie na temat ostatnich odcinków. Może i to w sumie lepiej, że nie będą zbyt długie, bo właśnie trafił mnie… no dobra, nie szlag. Lekki piorunik podszyty pewną goryczą.

Historia w Ladies Drink Free na pewno nie była wybitna, więc próbowano nam ją urozmaicić na dwa sposoby, niestety, takie, które mi wyjątkowo nie leżą. Pierwszy – Claire Novak. Drugi – Mick Davies, czyli facet pt. A już myślałam, że niczyja twarz mnie tak nie wkurza jak Castiela. Możliwe też, że jestem okrutna, bo po prostu nie lubię wilkołaków, ale przecież da się z nimi napisać dobre odcinki, jak chociażby Heart czy Sharp Teeth.

Jak sprawić, by Cathia bardzo chciała końca odcinka...

Nie kupuję zupełnie tego, że chłopcy nadal współpracują z Mickiem po tym, co wydarzyło się w szpitalu, że w ogóle dają mu drugą szansę. Jasne, jego wiedza pomogła ocalić Claire (o tym za chwilę), ale postępowanie Anglika to kwintesencja tego, co w tym serialu dotychczas serwują nam brytyjscy Ludzie Pisma: kłamiemy na potęgę i wmawiamy wam, że to dla waszego dobra. No niespecjalnie. Przykra krótkowzroczność w wydaniu chłopaków, bo jeśli raz skłamał w takiej sprawie, w jakiej skłamie później?

Zdenerwuję się nieco, jeśli Mick nagle przeżyje duchowe oświecenie w towarzystwie Winchesterów i nagle porzuci zdrożne drogi Ludzi Pisma i stanie się wzorowym pomocnikiem łowców, a może jeszcze zamieszka w Bunkrze? Wierzcie mi lub nie, bardzo liczyłam na to, że mikstura podana Claire będzie tak naprawdę trucizną – przecież wiadomym było, iż może nie zadziałać. Zbrodnia idealna. I dla mnie Davies powinien właśnie tak postąpić… Chyba naprawdę zaczynam tęsknić za postacią naprawdę złą i wyrachowaną, skoro odebrano mi takiego Crowleya, a Lucyfer po początkowej rozkrętce siedzi u stóp obecnego Króla Piekła… Jedyną szansę upatruję w tym, że ze strony Micka może być to zaledwie gra. Oby!

Marna to jednak pociecha, jako że serial zdecydowanie odszedł od swoich pierwotnych założeń, które mówiły, iż każdy może w nim umrzeć, w końcu zeszło się nawet wielokrotnie bohaterom. Sprawiały, iż widz wcale nie był pewien, co się tak naprawdę stanie w tym lub innym odcinku i do dzisiaj pamiętam, jak zdenerwowana byłam przed obejrzeniem The Sacrifice, bo na tym etapie wszyscy ginęli – nawet Bobby i Rufus, chlip chlip. Oczywiście, postaci nadal giną, ale te główne nagle otrzymały coś, co bardzo boli – Tarczę Fabuły spreparowaną przez Imperatyw Narracyjny. I choć przez chwilę miałam nadzieję na zejście Claire, to jednak nie. Już nie. Może sobie odjechać w nieznane, wyposażona do łowieckiego życia jak trzeba – w końcu ma już koszulę w kratę i szrot ze złomowiska, podstawy bycia pogromcą potworów. Jasne, nigdy jej nie lubiłam, odetchnę z ulgą, kiedy nam wreszcie zejdzie z ekranu, ale myślę, że nie tylko ja odczułam rozczarowanie, kiedy wątek skończył się tęczą i szczeniaczkami.

Kupowałam polowania w wykonaniu Jo... Claire... już nie bardzo.

Było w tym odcinku kilka dobrych momentów – chociażby odwołanie do Hogwartu czy Downton Abbey, ale ogólnie oglądałam go bez większych wzruszeń. Szkoda. Zobaczymy, co dalej… Może do niedzieli nadrobię…


Supernatural 12x16 Ladies Drink Free, scen. M. Glynn, reż. A. Kaderali, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, A. Fergus, K. Newton i inni.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Żyję!

Najmocniej przepraszam za chwilową ciszę w eterze, mam zaległości w oglądaniu ostatnich odcinków, a rzeczywistość skrzeczy mi po wyjeździe i muszę ogarniać... 

Postaram się nadrobić w wolnej chwili, dajcie bogowie, przedpyrkonowo. Na pewno niedługo wrzucę posta informacyjnego, bo mam dwa punkty programu na Pyrze.

Ściskam Was mocno i wesołych zajęcy :) a w bonusie urocze jajeczka z Disneylandu :)




niedziela, 12 marca 2017

Komediodramat z ogarami

Kolejny odcinek, który znajduję odrobinę… problematycznym. Z jednej strony historia fajna, czerpiąca garściami z poprzednich lat, pełna dobrych odniesień do mitologii, z drugiej… No właśnie, miałam jakiś dziwny kłopot z klimatem i fanservice’em. Ale do tego zaraz dojdziemy.

Uwielbiam te wszystkie Easter Eggi... Pała Negana mnie rozwaliła na dobre.

Dużym problemem stają się montaże na początku odcinka, teoretycznie przypominające dawne rzeczy związane z tym, czemu chłopcy stawią czoła tym razem, a w praktyce zdradzające już zdecydowanie za dużo. Na pewno miałabym lepszą zabawę przypominając sobie na własną rękę, co właściwie patrzyło na świat w taki a nie inny sposób, a potem piałabym z zachwytu na widok odciskanych w błocie łap, a tak… A tak podano mi to na talerzu, bez najmniejszego napięcia. Jakoś zaczyna mi to trochę przeszkadzać.



Och, te odciśnięte łapy... Cudeńko...

Wspominałam o tym czerpaniu z poprzednich sezonów i to mnie strasznie cieszy. Nie wiem, czy scenarzyści mają jakąś wielką bazę danych z pomysłami i kriczami z dawnych lat, ale oczywistym jest, że ostatnimi czasy zaczęli do tego sięgać jakby częściej i w dodatku naprawdę do edycji z ery Kripkego (chociażby ten przepis Bobby’ego na kule do Kolta z poprzedniego odcinka). Tu mieliśmy trochę nieco młodszych pomysłów, jak choćby cudowny przepis na okulary umożliwiające zobaczenie ogara piekielnego, ale i tak duszyczka mi się raduje i to jak!

Nowe uzupełnienie mitologii to oczywiście stworzenie ogara i tu mam już problem, niczym pan w dresie z trzema paskami pod Żabką w sąsiednim bloku. Panbócek za tym stał? No to się raczej kupy nie trzyma… Ja wiem, że Bóg w Supernaturalu nie jest doskonały, ale dotychczas ogary istniały jako stworzenia asystujące w finalizowaniu kontraktów i zdecydowanie kojarzyły się li i jedynie z Piekłem. Tak, wiem, że Bóg stworzył też lewiatany, ale… no właśnie, kiedy lewiatany wymknęły się spod kontroli, zamknął je w Czyśćcu, a nie wymordował wszystko jak leci. Fakt, że szczenną sukę uratował właśnie Lucyfer oczywiście wyjaśnia te powiązania, ale dla mnie to i tak strasznie na siłę. Plus nie do końca podoba mi się, że ogar poszedł na osobę, która nijak nie powinna stać się jego ofiarą, ale to akurat kładę na karb wyjątkowości Ramsey. Przy okazji, tak się zastanawiam, czy to przypadkiem nie jest jakaś aluzja do niejakiego pana Boltona? :)

Jest to jedno z najładniejszych ujęć, jakie widziałam w tym sezonie - tak ładnie to wszystko widać przez okulary...

Jakby nie było, to daje chłopcom okazję na ponowne zjednoczenie sił z Królem Piekła i… jest dziwnie. Z jednej strony Crowley ogara powinien ogarnąć od ręki, zawołać, gwizdnąć, nie wiem, zrobić cokolwiek, bo nadal nominalnie jest chyba Królem Piekła (choć ja się już ostatnimi czasy nieco gubię). Tak, pamiętam, nie kontrolował wszystkich zwierzątek za czasów chociażby The Devil You Know, ale wtedy nie był władcą. I wtedy nie był również chwilowo Królem Rozdroży, bo go Lucuś z pozycji zapewne usunął po numerze z Koltem. Rozumiem zatem, że musiał użyć Growleya. Tutaj… nie wiem, powinien mieć jeśli nie władzę, to przynajmniej wyczucie… Ta współpraca z chłopakami była jakaś taka wymuszona, bez sensu – niby dlaczego Crowley miałby się w ogóle wzruszyć tym, że się ogar wymknął spod kontroli i morduje? Dlaczego Crowley miałby się przejmować ludzkimi życiami? Aaaa, przepraszam, zapomniałam, że on taka dżedajowa kaczuszka jak ja ostatnimi czasy. Mam wrażenie, że to wszystko było po prostu po to, żeby Winchesterowie mogli mu wreszcie podziękować (a fani domagali się tego już od jakiegoś czasu) i żeby panienka mogła o nim powiedzieć, że jest miły… To naprawdę oglądało się jak kiepską operę mydlaną.


Och, dzięki, Crowley, jesteś przeuroczy...
Och, dzięki, Dean... Nareszcie...


Ooo, mam problem. Duży problem.

Plus, znowu mam problem. Chyba muszę iść na kozetkę. Motyw z Lucyferem spętanym w jego naczyniu jest po prostu genialny, ale… JAK? No jak, do cholery? Już te łańcuchy były problematyczne, nie kupuję odtworzenia boskiego wynalazku, a już teraz naznaczenie każdej komórki ciała Nicka… No nie widzę tego. Aczkolwiek nie powiem, motyw przepiękny i jestem zachwycona. Crowley zawsze przed przeciwnikiem? No chciałabym – ale na razie słowa, słowa, słowa… Jeśli robił to wszystko w tle, jednocześnie siedząc na tronie i pijąc whisky, szlochając za Deanem lub Amarą, no niby ok… ale to takie dopisywanie rzeczy po fakcie i nie do końca mi się podoba.


Och, ta mina Marka Pellegrino. 

Przy okazji – cała ta scena z demonami przed uwolnieniem Lucyfera… Strasznie to było nieklimatyczne, utrudniło mi to odbiór całego momentu. Zresztą, trochę tak mam z całym tym odcinkiem, bo ogólnie był sympatyczny nawet, ale te humorystyczne wstawki znajdowały się w miejscach co najmniej niewłaściwych. Poza epizodem z miłośnikiem teorii spiskowych - to było coś pięknego.

Myślę, że w najnowszej edycji GISHWHES bedzie jakieś zadanie z reptilianami i Królową.

No tak, w Piekle burdel, co zatem w Niebie? Wreszcie mamy pierwsze informacje o tym, że Niebo zaczyna się organizować, przede wszystkim wobec problemu nefilima i nie wiem, czy się cieszyć, bo dotychczas wszystkie próby ogarnięcia anielskiego wątku były spektakularną porażką. Tym razem jednak do gry wraca Joszua – i mam nadzieję, że jest to właściwy Ogrodnik, którego w sumie trochę osób utożsamia z Chrystusem. No, przyznam, że jestem ciekawa, jak to zostanie rozegrane. Nie spieprzcie tego, proszę!

Ten plac zabaw jest strasznie fajnym pomysłem.

Co do wątku Ludzi Pisma, to nie chce mi się nawet o tym myśleć. Nie widzę Deana, który tak ładnie kupuje wszystko, z drugiej może jednak strony, docenił szczerość Sama. Dla mnie to też był bardzo fajny motyw i cieszę się, że standardowo nie ukrywają wszystkiego przed sobą nawzajem, żeby tajemnica ugryzła ich w zad pod koniec sezonu. Zobaczymy, co tutaj się będzie działo…

Frodo, Hobbici... Ludzie Pisma mają fetysz.

Nie jest źle. Problem leży w klimacie, nierównym bardzo. Uwielbiam komediowe odcinki, ale komediowe odcinki niech będą takie w całości albo niech będą lekkim akcentem humorystycznym, a nie pojawiają się wyciągnięte z odwłoka. Poza tym – ładnie.


Supernatural 12x15 Somewhere Between Heaven and Hell, scen. D. Perez, reż. N. Lopez-Corrado, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, M. Sheppard, M. Collins i inni.